Do tego nie była łatwym człowiekiem, chyba nawet mnie nie zdziwiło, że była taką harpią. Lubiła upokarzać i wyzywać innych ludzi, wysługiwać się nimi bez słowa wdzięczności, znaleźć się w jej otoczeniu - nic przyjemnego. To samo miał z nią jej syn, choć się w tej książce nie wypowiada, to z tych częściowych opisów, można sobie wyobrazić jakie piekło przeszedł z matką. Religijność Villas też zawsze wydawała mi się mocno przesadzona i na pokaz, nie myliłam się, są takie przykłady w tej książce, jak ona wykorzystywała wiarę na własny użytek, że włos się jeży. A ta wzruszająca piosenka do matki, z którą tak naprawdę przez całe życie darła koty, kolejny pic na wodę. Trudno naprawdę o tej kobiecie napisać po tej książce coś pozytywnego, bardzo trudno...
Pewnie jeszcze wiele rzeczy nie zostało odkrytych na jej temat, ta książka to tylko taki szkic, zlepek wypowiedzi, refleksji niektórych ludzi, którzy ją znali. Tajemnicę, kim była naprawdę i dlaczego żyła w kłamstwie, Villas zabrała do grobu.
(3/5)


